Gdy patrzę na drzewa
Jak szepczą bezwiednie
Jak przy tym brzmią słowa
Prymitywnie i pusto
Jakbym chciał opisać lustro
Czymże jest ich mowa?
Czym gesty i szeleszczące słowa?
Czy darzą do siebie jakieś uczucie?
Czy mają w swych słowach lepsze wyczucie?
Gdy patrzę tak na nie
Serce mi się łamie
Me słowa to przy nich ułomne szemranie
Nie tak dużo tak mało tak
Ułomność buduje wewnętrzny wrak
Nie muszą mieć imion by wiedzieć kim są
Nie muszą udawać bo wiedzą skąd są
Lecz czy gdy dwa korzenie się splotą
I przez wieku ćwierć wodą się dzielą
Co gdy kolejne w ich cieniu wyrośnie?
Małe i skromne tętniące nadzieją
Co gdy próżność pierwszego zagrożenie ignoruje
A drugie przy nim czuwa i historie snuje
Wznieść się próbuje mu pomóc
Czy rozwinie korzenie i złączy się z nowym?
Przez samą niemoc głębszego poznania starego?
Odtrąci swego jedynego?
W z nowym nową więź zapleść?
Co stary wtem zrobi?
Zazdrością wybuchnie i całą wodę wchłonie aż młoda brzózka uschnie?
A może sam skończy żywot swój nijaki
Nie potrafiąc znaleźć już wody w labiryncie korzeni
Czy też może nie zrobi nie lub podejście zmieni?
Prosta jest bowiem odpowiedź na to
Musi po prostu stać się tatą
Gdyż mimo iż kora nie ta i mizerne liście
Powstała istota niewinna zaiście
To w jego cieniu swój żywot zaczęła
A to czyj korzeń oplata
Niczego nie zmienia
