Zepsuli mi lola , pani się naćpała powietrzem i nie wie w jakim jest wszechświecie. A ja leżę w łóżku, jestem zmęczony jak nigdy, a nic nie robiłem. Blog LoLkowy? Zawsze spoko. Zaraz pójdę spać chyba. W nocy napiszę ciąg dalszy mojej bajki, tylko muszę się zastanowić czy Morowłosa pojawi się w mojej nibylandii czy nie ;o
Nudziło mi się w nocy i postanowiłem napisać bajkę, dla dzieci dorosłych :O I wstawię tu ją, a co, w odcinkach będzie, i jest strasznie dziwna, nawiązuje do ludzi i sytuacji z mojego życia, i do innych dziwnych rzeczy i postaci fikcyjnych.
Wzgórze
ciągnęło się po horyzont, kilka małych drzewek u jego podnóży, oraz strumień
dziwnym trafem z jednej strony wspinający się na górkę, z drugiej z niej
spływający. Na szczycie góry stał dom nieco przypominający wierzę, miał okrągłą
podstawę i przypuszczalnie, wnioskując po oknach, albo kilka pięter albo schody
prowadzące na szczyt. Mógł mieć też zarówno kilka pięter jak i schody, ale to w
aktualnym odbiorze jego zewnętrznego wyglądu nie było istotne. Niemal na
szczycie budynku widniała tarcza ogromnego zegara, który to przy przełożeniu
poziomym mógł określić kąt padania promieni słonecznych, jak i godzinę dnia i
nocy. Zmyślne urządzenie, zmyślnego autora. Lecz w jakim celu wskazówka miała
ukazywać położenie słońca, to zostawiam już waszej wyobraźni. Drzwi się
otworzyły, a z mrocznych czeluści domku wyszedł nienaturalnie wysoki smukły na
twarzy dziadunio. Miał siwe włosy układające się niemal jak odwrócony kapelusz
grzyba. Jego czoło i górna część głowy spowita była jednak łysiną. Miał on na
głowie zamontowana specyficzną aparaturę, zestaw lup na prawym oku, sondę
wystającą z za prawego ucha, i dziwne urządzenie z wbudowanym w żelazną ramę
kamieniem, z małą dziurką na oko, przeszkloną jakimś przejrzystym rubinem.
Dziadunio wyszedł na werandę, po czym zszedł po dwóch małych schodkach na
piaskową dróżkę która mimo licznych wywijasów zmierzała jednak jednogłośnie w
kierunku lasu u podnóży górki. Poszedł
kilka kroków, po czym przeraźliwie krzyknął bliżej niezidentyfikowane słowo,
które po rozbiórce składniowo-fonetycznej zdawało się być wulgaryzmem. Zaraz po słowach mędrzec ujrzał w myślach
Pandę która przypadkiem „odczuła” jego słowa, i z lękiem upadła na ziemię z
hmm… na oko dziesięcio-metrowej lampy parkowej.
-Zegarek….! –odparł zaraz po przekształceniu twarzy w zniesmaczony wyraz,
spowodowany wizją wyglądu rozbitej pandziej głowy, i wylewającego się zeń
mózgu…
Staruszek rozejrzał się dookoła szukając czegoś co z reguły lubiło przypadkiem
lądować pod jego stopami, bądź też częściej przed nogami – na wysokości
piszczeli, prowokując chcąc nie chcąc trzy sekundowy niekontrolowany lot w
kierunku matki ziemi. Dostrzegł to czego szukał, lecz przyjrzawszy się po raz
wtóry czy pod jego nogami, za nim bądź przed nim nie czai się mniejszy lub
większy krypto-badyl, ruszył w kierunku kilkucentymetrowego patyka. Odwrócił
się w kierunku swojego domu, wzrok ulokował konkretnie na tarczy zegara, po
czym zręcznym ruchem nogi, który jak na staruszka wydawał się zdecydowanie, oj
zdecydowanie, zdecydowanie za szybki, nakreślił na piasku okrąg. Po czym wbił
patyk w środek, który wcześniej jednak musiał precyzyjnie wyznaczyć dwoma
przedłużonymi po dwu-kroć promieniami, linie nazwał chyba kiedyś średnicą?
-HA! Mamy 2.27 po szczytowaniu! – krzyknął w powietrze.
-Masz trzy minuty! - Krzyknął kolejny raz. Odwrócił się znów w kierunku lasku i
linii będącej przecinającą go na dwie strony ścieżką. Stał tak obserwował
chmury, zbierające się nad lasem kruki, i inne zjawiska atmosferyczne takie jak
opadające liście, czy wycie krów ? Dochodzące z lasu…
Nagle nad lasem , na dość niskiej wysokości zaczęła formować się czarna jak noc
chmura, kłębiła się niesamowicie, można było dostrzec nawet jej pojedyncze
składowe elementy, to jest kruki…
Starzec uśmiechnął się, po czym odwróciwszy sią, kątem oka skontrolował
słoneczny zegar.
Nagle chmura zawęziła swoja objętość formując lej którego najwęższa część
kończyła się gdzieś w prawej części na wpół podzielonego lasu. Lej „przelał”
się identycznie jak gdyby w ów lej kuchenny wlano wodę.
Stary kolejny raz zerknął na słoneczny zegar, ruszył w kierunku werandy, i już
chciał wrzasnąć słowo którym wcześniej zatruł powietrze, kiedy to rozpoczął się
pierwszy dzisiejszy niekontrolowany trzy sekundowy lot w kierunku matki ziemi.
Rypnął twarzą o piach gubiąc przy okazji tego jakże widowiskowego zdarzenia –
wszystkie szkła powiększające, swojej nader wymyślnej aparatury. Wstał
spokojnie jak gdyby nigdy nic, przyzwyczajony do tego typu uatrakcyjnień
swojego życia, pozbierał w popłochu szkła, i wszedł na werandę, po czym
wyciągnowszy z kieszeni płaszcza, bo takowy posiadał – małej plastikowej rurki
usiadł na drewnianym krześle z wbudowanymi kołami z obu stron, która były
jednak nieruchome, zaczął się bujać, a włożywszy do ust plastikową rurkę, która
po naciśnięciu jarzyła się na blueray’owy kolorek, pociągnął ustami, i wypuścił
w powietrze zielony, może lekko mdły w wyglądzie, bo różnie się kojarzący –
dym.
-Widocznie coś przykuło jego uwagę…
Można było usłyszeć głos barwą i wdziękiem przypominający młodą dziewczynę.
-Widocznie na pewno. – odparł staruszek, rozchylił nozdrza i mniej lub bardziej
zgrabnie wypuścił mdłą zieleń ze swoich płuc.
Odczekał chwil kilka, które precyzyjnie odmierzył w czasie i przestrzeni
szacując i przyrównując wzory matematyczne dryfujących gdzieś po niebie
obłoczków, po czym wyciągnął z kieszeni czarną, lekko połyskującą ciemna
zielenią, kulę.
-A co u Ciebie moja droga, nadal włoski moro?
-A i owszem, choć z dnia na dzień płowieją, siwa już niemal jestem…
-Różany chłopiec robił ostatnio promocje na jakieś zielone koloryzatory.
-Niee, nie chcę już od niego samponetek, wole kupić jakąś barwioną korę w
Tapenje.
-U Rosse’a też dostaniesz krepę.
Nad lasem znów zaczęła formować się chmura o kolorze cienia. Starzec zerwał się
i kolejny raz poszedł w bliżej niezidentyfikowane miejsce na ścieżce, kilka
metrów od jego domu.
-Nie przeszkadzam wam zatem, i tak ktoś mi się dobija na biznesowy channel
dotyczący molongo…
Nie odpowiedział, patrząc na chmurę która w błyskawicznym tempie przemieszczała
się w jego kierunku. Jego twarz nabrała kolorytu i grymasu jak z przed
kilkunastu minut, kiedy wypatrywał tejże chmury. Minęło kilka sekund, a w około
niego wirowała setka czarnych ptasiorów, czuł się jak w leju tornada z
zaświatów, mimo iż rytm matematyczny całego przedstawienia był nieco zaburzony
przez jego dom, o który w każdej sekundzie obijało się ponad dziesięć okazów
tego jakże wybitnego gatunku widzialnych-granatowych kruków. W niespełna trzy
sekundy stworzyły znów lej, a po kolejnych trzech przelały się w formę czarnego
wizerunku mężczyzny w czerwonym płaszczu, ciemno brązowych włosach i oczach.
Oczywiście nie od razu wszystko miało kolory, na początku wyglądał on jak
Afroamerykanin, o włosach i oczach koloru afroamerykańskiego, i płaszczu o
tymże samym kolorze.
-Spóźnienie, ponad piętnaście minut! – powiedział dziadek krzyżując ręce.
-Wyobraź sobie ,że jakaś panda usiłowała założyć krowie siodło i wjechać na
świętą sosnę…
-A mogłem przyśpieszyć twoją podróż, gdybym tylko nie natrafił piszczelem na ten
drągal. – wskazał palcem za siebie, gdzie to leżała niemal metrowej długości
gałąź akacji.
-Pandy są spoko, dlatego też nie chciałem by jej się oberwało od bydlęcych
ziomków. Ostatnio woły z przystani spiknęły się z gnu, wiesz antylopki
udowodniły jak to sprawnie potrafią zabijać królów, akcja z Muffasą wyszła im
lepiej niż atak Letho na Demawenda.
-Dobra, dobra, chodźmy bo Ci się czas skońćzy. Naprawdę na twoim miejscu
martwił bym się o każdą straconą sekundę.
Ruszyli z wolna w kierunku domostwa, ciągnąc dalej temat.
-Przesadzasz, to ty powinieneś żałować ,że ominąłeś barierę czasu, i
prawdopodobnie jeśli w trakcie któregoś z twoich lotów, nie wpadniesz na
jakiegoś Trinity Force’a – to nie zginiesz wcale. Nuda.
Weszli do środka, a środek okazał się być czymś w rodzaju… Hali? Podłoga wcale
nie miała kształtu koła, okien nie było wcale, a na hali owej stało kilka
maszyn, które bez szelestnie pracowały nad jakąś aparaturą. Ciemnowłosy chłopak
przyglądał się taśmą produkcyjnym obserwował różne jadące na owych taśmach
przedmioty.
-Aaa, Zilean mówił ,że osiąga dzięki twoim zabawką niezłe prędkości, a i
colldown mu się zmniejszył.
-Mało mnie on obchodzi. Ważne ,że wydaje u mnie molongo.
-Dobra, powiedz mi dziadzi w czym problem.
-A no w tym.- wskazał na wielki czarny szklany graniastosłup.
Chłopak podszedł do obiektu dotknął go i odczuł niewyobrażalne dla niego do tej
pory zimno, jego dłoń pokryła się szronem. Stał jednak ze zdziwieniem w oczach
nie rozumiejąc dlaczego obiekt ten nie wymienia swojego „ciepła” z otulającym
go powietrzem.
-Wygląda jak nie z tego świata. Masz kulę Morowłosej która też jest z innego
wymiaru, ale ona nie jest taka zimna. Spójrz jednak na strukturę. Identyczna,
nawet ten zielony połysk…
-Nie mogę rozgryźć co to jest, do czego służyło, bądź ma służyć, i jak to się
stało że pojawiło się akurat w tym miejscu. Tutaj nie prowadzę żadnych
eksperymentów, a już na pewno nie otwieram portali!
-Nie otwierasz bo nie umiesz… Ale nie w tym rzecz.
Chłopak wyciągnął przed siebie dłoń, a z wierzchnich warstw jego skóry
uformowało się kruczysko.
-SuecideGroup?- zapytał patrząc na ptaka. – Ten odwrócił główkę tak by mógł
swym okiem dostrzec twarz młodzieńca, po czym skinął jednoznacznie. Ptak
wiedział w czym rzecz, i pofrunął na szczyt graniastosłupu i wylądował na nim.
Zaczął krakać, przerażająco! Ale ku zdziwieniu obserwatorów nie zamarzł jak im
się zdawało ,że się stanie.
-Dobra, wracaj tu.-oznajmił brązowooki.
Kruk sfrunął pikując w czubek głowy chłopaka, i zniknął jakby wlatując mu do
głowy.