-Czuję się odpowiedzialny, kazałeś kopać głębiej, teraz to...
-Stultusie, uwierz nie chodziło jedynie o kruszec, nie obwiniaj mnie, a tym bardziej siebie.
Siedzieli na przeciwko siebie, Stultus, brodaty o przeszywających oczach, i Asuda, młodszy od niego członek gwardii honorowej namiestnika Oitatum Snart. Różnice w ich randze było widać na pierwszy rzut oka, było widać ją po tym jak siedzieli przy marmurowym stole, po tym jak patrzeli, po tym co nosili. Tego jak myśleli nie można było dostrzec, ani odczuć. Gdyby można było, wyglądał by jak biel na czarnym tle które wyznaczała by ciemnota Stultusa.
-Musimy rozpocząć poszukiwania ocalałych! - wykrzyknął nagle, po dość długiej chwili namysłu.
-Poszukiwania? Jeśli raporty nie były pisane przez obłąkanych ludzi - a takich nie dobieram - to w obrębie Muit Ini znaleźć można tylko śmierć, bez zbędnych żmudnych poszukiwań. Asuda zapisał kilka zdań na leżącym przed nim kawałku papieru, wylał nieco wosku, przyłożył pieczęć.
-Rozpocząć możemy kampanię zwiadowczą, musimy poznać te... bestie?
-Bestie, nie można nazwać tych stworzeń inaczej. Nie widziałeś. Nie zrozumiesz...
-Mamy jakieś zwłoki tych... bestii? Wolał bym je obejrzeć i zasugerować, co dobrze było by zbadać, by zyskać nad nimi przewagę. - zwinął kawałek papieru i chwycił sznurek leżący nieopodal.-Mamy? - dodał nie słysząc odpowiedzi.
Stulus wstał.
-Nie wiem jak mam Ci Panie wytłumaczyć, że to nie niedźwiedź, czy dziki kot z południa. To coś o czym nie ma nawet w legendach... Wielkie niczym koń robactwo. Krabowate odnogi, ale i coś z pająka, a do tego szpony jak u modliszki, i żądła jak u skorpiona.
-Słyszałem, zajmiemy się tym, staram się być ostrożnym i nie hiperbolizować nadto.
-Tego co stało się w Muit Ini... nie da się hiperbolizować.
Wąska szara chmura dzieliła na pół poranne niebo. Zamykała obwód, jak gdyby ktoś zbudował dziedziniec, czy most setki mil nad dachami Muit Ini. Była to jednak zwyczajna chmura, miasto nie wyglądało jak ruina. Było co prawda nieco nierozgarnięte, jak karczma w wieczór piątego, gdy kupcy i robotnicy świętowali zakończenie tygodnia czy udany utarg w dzień handlowy. Wyglądała jak karczma, między budynkami można było znaleźć, wszelakie narzędzia, naczynia, różnego rodzaju szmaty... Szmaciane laleczki, i figurki drewnianych rycerzy. Wystarczyło poszperać trochę między zaschniętą brunatną breją i sinymi już ciałami. Mimo wszystko na szukanie czegokolwiek nikt się nie zdobył. Być może przez niewyobrażalną liczbę much, i innego robactwa plądrującego zmasakrowane ciała. Być może dlatego, że nie było nikogo kto mógł czegoś poszukać...
Całe miasto było symbolem. Szeptało... A raczej brzęczało coś, jakieś słowa, nie było ich niemal słychać.
-Zawiał wiatr, zwiało mi kaptura, i usłyszałem ten syk... "Ja twój nemesis"...-górnik chwycił kufel, wyżłopał do połowy, i jak to zwykle bywa połowa z owej połowy ściekła mu po zaroście.
-Mówcie, mówcie jak wygląda! - wyrwał się najmłodszy z dziesięciu, czy dwunastu, siedzących przy stole i wsłuchujących się w historię która przeżył jeden z trzech ocalałych.
-Ano, szybkie i zwinne, ale ze... krwi i... em... kości.
Drzwi do karczmy otwierały się średnio raz na minutę, nikt nie zwracał już uwagi na wchodzących czy wychodzących. Wszyscy troszczyli się o swoje miejsca, i o to czy nikt im ich nie dupnie gdy wyjdą się wyszczać.
-Gdym go zobaczył, pikawa przywaliła. Jednak trza było coś zrobić. Jak nie on, to ja...-wypił połowę z z pozostałości, jak to się mówi... pół z pół.
-One, mają wielki zasięg kłucia, myślałem, że nie może mnie sięgnąć... No jak stoisz pięć metrów od faceta co też stoi, to nie myślisz o tym czy aby się nie cofnąć...Jam się cofnął, i dlatego ma kto opowiadać to co się tam działo.
Obok stołu zebrało się więcej chłopa niżeli było na czym siedzieć, jednym z nich był inny górnik który przeżył masakrę. Ten który był najbliżej śmierci i najbliższy śmierci. Słuchał, jedynie słuchał.
-Wycelował. Cholera wie czy to szpony, żądło, czy co. Jedno jest pewne, jak paczysz, to psia krew Bogowie stworzyli to by nabijało ludzi...- Stęknął, wytarł kanciki ust. kufer był już pusty. - Chcecie dalej, czy nudzę?
-Mówcie, mówcie! -odparli chórem, i co czwarty dolał swoje pół z pół do kufla górnika.
-Cofnięty byłem do może sześciu metrów, i ledwie żem, za myślą podążył, a tu cup! Cholera jak Boga kocham, pół metra od brzucha? Sam kolec nie tak długi, ale jak wyprostował się na swoich pajęczych nogach?! Jak to wywalił tłów na przód! To jedno mrugnięcie był, o połowę dystansu bliżej!
-Pierdolisz, tak szybka poczwara?
-Tak szybka, że uniku nie zrobisz! Chyba ,że Ci Frotun sprzyja i na czuja coś wymyślisz. Bo kolejne idą tasaki, kolejne z... ja wiem, chyba sześć tych łap mają. Ba! bo najlepsze jest to ,że one jak się leją to stoją na łapach jak by, nieraz gdzieś skaczą, czy łapią się sufitów, ale w wolnym polu, stanie taki i wymachuje tasakami, kuje kolcami, albo rzuca się cielskiem całym, to bez łap kończysz i na wylot przebity w dwóch miejscach, no i bez głowy. A raczej z głową w takiego.. paskudztwa pysku.
Gdzieś obok rozbił się kufel, czy talerzyk, pewnie nawet karczmarz tego nie usłyszał, na szczęście tego który zbił, bo pewnie to ten co się chwile później zaśmiał.
-Tak więc tasakami machać zaczął, stał już na tych tylnich pozginanych w... a chuj wie ile to miał tam zgięć w tych pęcinach! Ale bydle jeszcze większe się zdawało, trzy metry jak nic, no tu by łbem po suficie rył, chociaż może i karczychem, bo łep nisko trzyma bestia. No, i coś żem tak wyczuł, że jak stanął to i łapy wyżej wziął, jakby chciał z impetem spaść i łapy uciąć. Kulłem się od razu do prawa, i z pod ściany jak z procy żem wywalił co by życie zachować... I tera słuchać...-głos mu spoważniał.- Jak Ci plecy widzi, to z piętnaście metrów w sekundę może wyrwać dzidę, a jak usłyszysz ,że jest już blisko, to jest za blisko... Wyczułem, że coś jest nie tak, i ledwie pikę uchwycił w łapę, obrócił się, i nabił przez pysk, na wylot robala. Bo ze skoku na mnie spadał. Zawył, przemielił wszystkimi łapami, piką też, bo w nim została, i joo! Pamiętacie, jak się zaczęło? Pytaliście skąd to mam!- przejechał palcem po opatrunku od brwi, aż do karku niemal. - to żem dostał kolcem otarty, a kolec haczykami nafaszerowany! Jak chwycił skórę z nad oka, to ją zaciągnął na plecy niemal!
-Dobra, koniec pitolenia! Łżesz panie górnik, dziwne, że tak mało człeka przeżyło, skoro jedna pika i górnik wystarczy by diabła zabić!-zaśmiali się jak jeden człek.
-Prawdę gada, przynajmniej w części. Bo to Milur się pierwszy cofnąć zdecydował, Gandu pierwszy kulnął, Hugger za późno odwrócił.
-Ach jebany, taki bohater, bajdużyć dzieciaką na rynku!-wstał, ten co tak się chłapił by słuchać, i co chwile dolewał trunku.
Górnik spojrzał przez prawe ramie i rozpoznał, kolegę.
-On nie wiem jakim cudem tak szybko pojął, jak robal będzie chciał go wziąć. I gdyby sie nie napatrzył jak trzech przed nim ginie, to by bestii nie przebił! Jedyna zabita, o której mi wiadomo. I pewnie przez głupotę zdechła...
Endir chwycił go za ramie, spojrzał w oczy i dodał.
-Możesz mówić dalej, ja wynoszę się do portu Mulysa, nie zrozumieją w porę, a nie chcę tu krwią gleby nawozić...
-Stultusie, uwierz nie chodziło jedynie o kruszec, nie obwiniaj mnie, a tym bardziej siebie.
Siedzieli na przeciwko siebie, Stultus, brodaty o przeszywających oczach, i Asuda, młodszy od niego członek gwardii honorowej namiestnika Oitatum Snart. Różnice w ich randze było widać na pierwszy rzut oka, było widać ją po tym jak siedzieli przy marmurowym stole, po tym jak patrzeli, po tym co nosili. Tego jak myśleli nie można było dostrzec, ani odczuć. Gdyby można było, wyglądał by jak biel na czarnym tle które wyznaczała by ciemnota Stultusa.
-Musimy rozpocząć poszukiwania ocalałych! - wykrzyknął nagle, po dość długiej chwili namysłu.
-Poszukiwania? Jeśli raporty nie były pisane przez obłąkanych ludzi - a takich nie dobieram - to w obrębie Muit Ini znaleźć można tylko śmierć, bez zbędnych żmudnych poszukiwań. Asuda zapisał kilka zdań na leżącym przed nim kawałku papieru, wylał nieco wosku, przyłożył pieczęć.
-Rozpocząć możemy kampanię zwiadowczą, musimy poznać te... bestie?
-Bestie, nie można nazwać tych stworzeń inaczej. Nie widziałeś. Nie zrozumiesz...
-Mamy jakieś zwłoki tych... bestii? Wolał bym je obejrzeć i zasugerować, co dobrze było by zbadać, by zyskać nad nimi przewagę. - zwinął kawałek papieru i chwycił sznurek leżący nieopodal.-Mamy? - dodał nie słysząc odpowiedzi.
Stulus wstał.
-Nie wiem jak mam Ci Panie wytłumaczyć, że to nie niedźwiedź, czy dziki kot z południa. To coś o czym nie ma nawet w legendach... Wielkie niczym koń robactwo. Krabowate odnogi, ale i coś z pająka, a do tego szpony jak u modliszki, i żądła jak u skorpiona.
-Słyszałem, zajmiemy się tym, staram się być ostrożnym i nie hiperbolizować nadto.
-Tego co stało się w Muit Ini... nie da się hiperbolizować.
Wąska szara chmura dzieliła na pół poranne niebo. Zamykała obwód, jak gdyby ktoś zbudował dziedziniec, czy most setki mil nad dachami Muit Ini. Była to jednak zwyczajna chmura, miasto nie wyglądało jak ruina. Było co prawda nieco nierozgarnięte, jak karczma w wieczór piątego, gdy kupcy i robotnicy świętowali zakończenie tygodnia czy udany utarg w dzień handlowy. Wyglądała jak karczma, między budynkami można było znaleźć, wszelakie narzędzia, naczynia, różnego rodzaju szmaty... Szmaciane laleczki, i figurki drewnianych rycerzy. Wystarczyło poszperać trochę między zaschniętą brunatną breją i sinymi już ciałami. Mimo wszystko na szukanie czegokolwiek nikt się nie zdobył. Być może przez niewyobrażalną liczbę much, i innego robactwa plądrującego zmasakrowane ciała. Być może dlatego, że nie było nikogo kto mógł czegoś poszukać...
Całe miasto było symbolem. Szeptało... A raczej brzęczało coś, jakieś słowa, nie było ich niemal słychać.
-Zawiał wiatr, zwiało mi kaptura, i usłyszałem ten syk... "Ja twój nemesis"...-górnik chwycił kufel, wyżłopał do połowy, i jak to zwykle bywa połowa z owej połowy ściekła mu po zaroście.
-Mówcie, mówcie jak wygląda! - wyrwał się najmłodszy z dziesięciu, czy dwunastu, siedzących przy stole i wsłuchujących się w historię która przeżył jeden z trzech ocalałych.
-Ano, szybkie i zwinne, ale ze... krwi i... em... kości.
Drzwi do karczmy otwierały się średnio raz na minutę, nikt nie zwracał już uwagi na wchodzących czy wychodzących. Wszyscy troszczyli się o swoje miejsca, i o to czy nikt im ich nie dupnie gdy wyjdą się wyszczać.
-Gdym go zobaczył, pikawa przywaliła. Jednak trza było coś zrobić. Jak nie on, to ja...-wypił połowę z z pozostałości, jak to się mówi... pół z pół.
-One, mają wielki zasięg kłucia, myślałem, że nie może mnie sięgnąć... No jak stoisz pięć metrów od faceta co też stoi, to nie myślisz o tym czy aby się nie cofnąć...Jam się cofnął, i dlatego ma kto opowiadać to co się tam działo.
Obok stołu zebrało się więcej chłopa niżeli było na czym siedzieć, jednym z nich był inny górnik który przeżył masakrę. Ten który był najbliżej śmierci i najbliższy śmierci. Słuchał, jedynie słuchał.
-Wycelował. Cholera wie czy to szpony, żądło, czy co. Jedno jest pewne, jak paczysz, to psia krew Bogowie stworzyli to by nabijało ludzi...- Stęknął, wytarł kanciki ust. kufer był już pusty. - Chcecie dalej, czy nudzę?
-Mówcie, mówcie! -odparli chórem, i co czwarty dolał swoje pół z pół do kufla górnika.
-Cofnięty byłem do może sześciu metrów, i ledwie żem, za myślą podążył, a tu cup! Cholera jak Boga kocham, pół metra od brzucha? Sam kolec nie tak długi, ale jak wyprostował się na swoich pajęczych nogach?! Jak to wywalił tłów na przód! To jedno mrugnięcie był, o połowę dystansu bliżej!
-Pierdolisz, tak szybka poczwara?
-Tak szybka, że uniku nie zrobisz! Chyba ,że Ci Frotun sprzyja i na czuja coś wymyślisz. Bo kolejne idą tasaki, kolejne z... ja wiem, chyba sześć tych łap mają. Ba! bo najlepsze jest to ,że one jak się leją to stoją na łapach jak by, nieraz gdzieś skaczą, czy łapią się sufitów, ale w wolnym polu, stanie taki i wymachuje tasakami, kuje kolcami, albo rzuca się cielskiem całym, to bez łap kończysz i na wylot przebity w dwóch miejscach, no i bez głowy. A raczej z głową w takiego.. paskudztwa pysku.
Gdzieś obok rozbił się kufel, czy talerzyk, pewnie nawet karczmarz tego nie usłyszał, na szczęście tego który zbił, bo pewnie to ten co się chwile później zaśmiał.
-Tak więc tasakami machać zaczął, stał już na tych tylnich pozginanych w... a chuj wie ile to miał tam zgięć w tych pęcinach! Ale bydle jeszcze większe się zdawało, trzy metry jak nic, no tu by łbem po suficie rył, chociaż może i karczychem, bo łep nisko trzyma bestia. No, i coś żem tak wyczuł, że jak stanął to i łapy wyżej wziął, jakby chciał z impetem spaść i łapy uciąć. Kulłem się od razu do prawa, i z pod ściany jak z procy żem wywalił co by życie zachować... I tera słuchać...-głos mu spoważniał.- Jak Ci plecy widzi, to z piętnaście metrów w sekundę może wyrwać dzidę, a jak usłyszysz ,że jest już blisko, to jest za blisko... Wyczułem, że coś jest nie tak, i ledwie pikę uchwycił w łapę, obrócił się, i nabił przez pysk, na wylot robala. Bo ze skoku na mnie spadał. Zawył, przemielił wszystkimi łapami, piką też, bo w nim została, i joo! Pamiętacie, jak się zaczęło? Pytaliście skąd to mam!- przejechał palcem po opatrunku od brwi, aż do karku niemal. - to żem dostał kolcem otarty, a kolec haczykami nafaszerowany! Jak chwycił skórę z nad oka, to ją zaciągnął na plecy niemal!
-Dobra, koniec pitolenia! Łżesz panie górnik, dziwne, że tak mało człeka przeżyło, skoro jedna pika i górnik wystarczy by diabła zabić!-zaśmiali się jak jeden człek.
-Prawdę gada, przynajmniej w części. Bo to Milur się pierwszy cofnąć zdecydował, Gandu pierwszy kulnął, Hugger za późno odwrócił.
-Ach jebany, taki bohater, bajdużyć dzieciaką na rynku!-wstał, ten co tak się chłapił by słuchać, i co chwile dolewał trunku.
Górnik spojrzał przez prawe ramie i rozpoznał, kolegę.
-On nie wiem jakim cudem tak szybko pojął, jak robal będzie chciał go wziąć. I gdyby sie nie napatrzył jak trzech przed nim ginie, to by bestii nie przebił! Jedyna zabita, o której mi wiadomo. I pewnie przez głupotę zdechła...
Endir chwycił go za ramie, spojrzał w oczy i dodał.
-Możesz mówić dalej, ja wynoszę się do portu Mulysa, nie zrozumieją w porę, a nie chcę tu krwią gleby nawozić...