Gdyby żyć wiecznie, na takim poziomie duchowym, tym imieniem i ego.. nie miało by znaczenia co się robi... kiedy, gdzie, bo czasu było by na wszystko, na poznanie wszystkiego co jest i tworzenie nowego, poznanie każdego i poznawanie jego zmian. Żadna kłutnia nie była by decydująca, nie wpływała by na nasze życie tak jak wpływa. Bo w naszym życiu tylko strata, ostateczna strata i czas mają mieżalną wartość. A ja, co dać bym mógł nowemu światu? Chyba tylko pozytywne myśli, i i z tym nieraz kuleję. Jestem bardzo pamiętliwy. Do tego stopnia że kalka przykrywa każde poznane przezemnie imię skojarzone z twarzą jakiejś persony. Jaki, jaki powinienem być? Jaki chcę być? To nie ma znaczenia, znaczenie ma to jaki jestem. Nie chcę, nie lubię mieć uprzedzeń.... czas na decyzje, te teraz, te budujące fundamenty skrystalizowane w moim dna myśli, zharmonizowane i zsynchronizowane z wewnętrznym kryształem.
Życie jest dla ego jak gra w piotrusia.. każdy co jakiś czas go ma, jest w przegranej pozycji i jedyne na co może liczyć to fart.. fart pozbycia się felernego piotrka przez wymianę z kimś kart.. a co kiedy możesz spojrzeć każdemu w karty? Wygrywasz, ściślej.. gra przestaje mieć dla Ciebie sens.. możesz już jedynie przegrać celowo albo zwiększyć szansę że ktoś przegra.. ale ciebie przestaje to powoli obchodzić, bo okazuje się że nie masz już dłoni trzymającej karty, nie ma już innych dłoni, jest tylko talia kart z której można wybierać i samemu sobie uĺożyć tarota..
środa, 5 sierpnia 2015
Wieczność
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz