piątek, 20 marca 2015

M - Równonoc Wiosenna

Jako, że dziś /jutro równonoc... (nigdy nie wiem czy to ta noc z 20 na 21 czy z 21 na 22 ?) może czas by jakoś magicznie rozpocząć wiosnę. Zastanawiam się nad osobistym rytuałem, nad celami które wygodnie było by osiągnąć, by czuć się jeszcze lepiej. Las? Lotnisko? Ognisko? czy może mój sześcian? Nie wiem. Ciągnie mnie do natury, potrzebuję spokoju. Potrzebuję pomyśleć. Najlepiej w miejscu w którym nie słychać tupania butami na klatce schodowej, czy szumu miasta, klaksonów czy nawet jakichkolwiek słów i głosek. Nawet myśli w własnej głowie potrzeba mi nie słyszeć. Więc co? Odsunąć wszystko od siebie na dzisiejsze popołudnie? Nie wiem.

sobota, 7 marca 2015

Życie to najlepszy przyjaciel mojego
ego
zaskakuje, jest niezależne
i zależne na tyle na ile zechcę
nie odstawia fochów
i odstawia jeśli źle je zinterpretuję
zawiera się w nim to wszystko
wszystko

Życie mnie otacza
wszystko co mnie otacza jest moim życiem
ta głupia wieża eifla którą znam z obrazków
i te chmury których nazw nie pamiętam
Major Lazer lecący w tle
i get free
jej wzrok i jej myśli
i herbata, ta z trzema łyżkami cukru

Wszystko jest moim życiem
i tak jak woda nie jest w stanie doświadczać suchości
piasku
nawet tego najcieplejszego
ugrzanego na tym placku na mapie, zaznaczonym żółtą farbą na mapie
gdzieś tam
w centrum afryki

Tak ja, nie ejstem w stać niczego czym nie jestem
Tak więc jestem
wszystkim co znam
wszystkim co dla mnie jest
jestem
jestem swoim życiem
ochrzczonym felernie felernym imieniem
jestem

czwartek, 19 lutego 2015


Jesteś moją strefą komfortu, poza która wcale nie chce wyjść.
Dlaczego miałbym to robić ?
Wiem co mnie czeka, kiedy zdecyduję się na owy krok.
Wiem co mnie czeka jeśli się nie zdecyduję.
Czy strefą komfortu jest chodzenie na nogach, każdego dnia, bo do tego najlepiej przystosowało się moje ciało? Dlatego tylko miałbym się uczyć chodzić na rękach.
Gdybym się nauczył, miał bym wybór, i wiedział bym ,że to moja decyzja, nie kierowana niczym innym niż wolą.
Wiem ,że umiał bym żyć bez Ciebie.
Jednak, nie chcę żyć bez Ciebie.
Więc nie strasz mnie w snach. Nie rób tak, a jeśli masz ochotę, nie rób tego tak jawnie.
Nie przy mnie, nie perfidnie. Bo mam Cię za przyjaciółkę, mam Cię za bardzo bliską osobę.
I nawet w kwestii mojej własnej woli, tego ,że wiem ,że mogę wszystko...
Tak jak mogę się zabić w każdym momencie - a tego nie robię.
Mimo ,że wiem ,że mogę. To nie zrobił bym i nie zrobię, czegoś co wiem ,że mogło by Cie zranić.
Głupotą, pychą i egocentrycznością było by gdybym chciał Ci tego zakazać..
Mogę jedynie prosić. Mogę się jedynie starać by nie musiało nigdy do tego dojść.
Więc... Strasz mnie w snach, bym pamiętał, że -

"Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz. 
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz, 
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być 
codziennym zdumieniem... "


piątek, 13 lutego 2015

Koniec Ludzi : Rozpoznanie #2.1

-Czuję się odpowiedzialny, kazałeś kopać głębiej, teraz to...
-Stultusie, uwierz nie chodziło jedynie o kruszec, nie obwiniaj mnie, a tym bardziej siebie.
Siedzieli na przeciwko siebie, Stultus, brodaty o przeszywających oczach, i Asuda, młodszy od niego członek gwardii honorowej namiestnika Oitatum Snart. Różnice w ich randze było widać na pierwszy rzut oka, było widać ją po tym jak siedzieli przy marmurowym stole, po tym jak patrzeli, po tym co nosili. Tego jak myśleli nie można było dostrzec, ani odczuć. Gdyby można było, wyglądał by jak biel na czarnym tle które wyznaczała by ciemnota Stultusa.
-Musimy rozpocząć poszukiwania ocalałych! - wykrzyknął nagle, po dość długiej chwili namysłu.

-Poszukiwania? Jeśli raporty nie były pisane przez obłąkanych ludzi - a takich nie dobieram - to w obrębie Muit Ini znaleźć można tylko śmierć, bez zbędnych żmudnych poszukiwań. Asuda zapisał kilka zdań na leżącym przed nim kawałku papieru, wylał nieco wosku, przyłożył pieczęć.
-Rozpocząć możemy kampanię zwiadowczą, musimy poznać te... bestie?
-Bestie, nie można nazwać tych stworzeń inaczej. Nie widziałeś. Nie zrozumiesz...
-Mamy jakieś zwłoki tych... bestii? Wolał bym je obejrzeć i zasugerować, co dobrze było by zbadać, by zyskać nad nimi przewagę. - zwinął kawałek papieru i chwycił sznurek leżący nieopodal.-Mamy? - dodał nie słysząc odpowiedzi.
Stulus wstał.
-Nie wiem jak mam Ci Panie wytłumaczyć, że to nie niedźwiedź, czy dziki kot z południa. To coś o czym nie ma nawet w legendach... Wielkie niczym koń robactwo. Krabowate odnogi, ale i coś z pająka, a do tego szpony jak u modliszki, i żądła jak u skorpiona.
-Słyszałem, zajmiemy się tym, staram się być ostrożnym i nie hiperbolizować nadto.
-Tego co stało się w Muit Ini... nie da się hiperbolizować.

Wąska szara chmura dzieliła na pół poranne niebo. Zamykała obwód, jak gdyby ktoś zbudował dziedziniec, czy most setki mil nad dachami Muit Ini. Była to jednak zwyczajna chmura, miasto nie wyglądało jak ruina. Było co prawda nieco nierozgarnięte, jak karczma w wieczór piątego, gdy kupcy i robotnicy świętowali zakończenie tygodnia czy udany utarg w dzień handlowy. Wyglądała jak karczma, między budynkami można było znaleźć, wszelakie narzędzia, naczynia, różnego rodzaju szmaty... Szmaciane laleczki, i figurki drewnianych rycerzy. Wystarczyło poszperać trochę między zaschniętą brunatną breją i sinymi już ciałami. Mimo wszystko na szukanie czegokolwiek nikt się nie zdobył. Być może przez niewyobrażalną liczbę much, i innego robactwa plądrującego zmasakrowane ciała. Być może dlatego, że nie było nikogo kto mógł czegoś poszukać...
Całe miasto było symbolem. Szeptało... A raczej brzęczało coś, jakieś słowa, nie było ich niemal słychać.

-Zawiał wiatr, zwiało mi kaptura, i usłyszałem ten syk... "Ja twój nemesis"...-górnik chwycił kufel, wyżłopał do połowy, i jak to zwykle bywa połowa z owej połowy ściekła mu po zaroście.

-Mówcie, mówcie jak wygląda! - wyrwał się najmłodszy z dziesięciu, czy dwunastu, siedzących przy stole i wsłuchujących się w historię która przeżył jeden z trzech ocalałych.
-Ano, szybkie i zwinne, ale ze... krwi i... em... kości.
Drzwi do karczmy otwierały się średnio raz na minutę, nikt nie zwracał już uwagi na wchodzących czy wychodzących. Wszyscy troszczyli się o swoje miejsca, i o to czy nikt im ich nie dupnie gdy wyjdą się wyszczać.
-Gdym go zobaczył, pikawa przywaliła. Jednak trza było coś zrobić. Jak nie on, to ja...-wypił połowę z z pozostałości, jak to się mówi... pół z pół.
-One, mają wielki zasięg kłucia, myślałem, że nie może mnie sięgnąć... No jak stoisz pięć metrów od faceta co też stoi, to nie myślisz o tym czy aby się nie cofnąć...Jam się cofnął, i dlatego ma kto opowiadać to co się tam działo.
Obok stołu zebrało się więcej chłopa niżeli było na czym siedzieć, jednym z nich był inny górnik który przeżył masakrę. Ten który był najbliżej śmierci i najbliższy śmierci. Słuchał, jedynie słuchał.

-Wycelował. Cholera wie czy to szpony, żądło, czy co. Jedno jest pewne, jak paczysz, to psia krew Bogowie stworzyli to by nabijało ludzi...- Stęknął, wytarł kanciki ust. kufer był już pusty. - Chcecie dalej, czy nudzę?
-Mówcie, mówcie! -odparli chórem, i co czwarty dolał swoje pół z pół do kufla górnika.
-Cofnięty byłem do może sześciu metrów, i ledwie żem, za myślą podążył, a tu cup! Cholera jak Boga kocham, pół metra od brzucha? Sam kolec nie tak długi, ale jak wyprostował się na swoich pajęczych nogach?! Jak to wywalił tłów na przód! To jedno mrugnięcie był, o połowę dystansu bliżej!
-Pierdolisz, tak szybka poczwara?
-Tak szybka, że uniku nie zrobisz! Chyba ,że Ci Frotun sprzyja i na czuja coś wymyślisz. Bo kolejne idą tasaki, kolejne z... ja wiem, chyba sześć tych łap mają. Ba! bo najlepsze jest to ,że one jak się leją to stoją na łapach jak by, nieraz gdzieś skaczą, czy łapią się sufitów, ale w wolnym polu, stanie taki i wymachuje tasakami, kuje kolcami, albo rzuca się cielskiem całym, to bez łap kończysz i na wylot przebity w dwóch miejscach, no i bez głowy. A raczej z głową w takiego.. paskudztwa pysku.
Gdzieś obok rozbił się kufel, czy talerzyk, pewnie nawet karczmarz tego nie usłyszał, na szczęście tego który zbił, bo pewnie to ten co się chwile później zaśmiał.
-Tak więc tasakami machać zaczął, stał już na tych tylnich pozginanych w... a chuj wie ile to miał tam zgięć w tych pęcinach! Ale bydle jeszcze większe się zdawało, trzy metry jak nic, no tu by łbem po suficie rył, chociaż może i karczychem, bo łep nisko trzyma bestia. No, i coś żem tak wyczuł, że jak stanął to i łapy wyżej wziął, jakby chciał z impetem spaść i łapy uciąć. Kulłem się od razu do prawa, i z pod ściany jak z procy żem wywalił co  by życie zachować... I tera słuchać...-głos mu spoważniał.- Jak Ci plecy widzi, to z piętnaście metrów w sekundę może wyrwać dzidę, a jak usłyszysz ,że jest już blisko, to jest za blisko... Wyczułem, że coś jest nie tak, i ledwie pikę uchwycił w łapę, obrócił się, i nabił przez pysk, na wylot robala. Bo ze skoku na mnie spadał. Zawył, przemielił wszystkimi łapami, piką też, bo w nim została, i joo! Pamiętacie, jak się zaczęło? Pytaliście skąd to mam!- przejechał palcem po opatrunku od brwi, aż do karku niemal. - to żem dostał kolcem otarty, a kolec haczykami nafaszerowany! Jak chwycił skórę z nad oka, to ją zaciągnął na plecy niemal!
-Dobra, koniec pitolenia! Łżesz panie górnik, dziwne, że tak mało człeka przeżyło, skoro jedna pika i górnik wystarczy by diabła zabić!-zaśmiali się jak jeden człek.
-Prawdę gada, przynajmniej w części. Bo to Milur się pierwszy cofnąć zdecydował, Gandu pierwszy kulnął, Hugger za późno odwrócił.

-Ach jebany, taki bohater, bajdużyć dzieciaką na rynku!-wstał, ten co tak się chłapił by słuchać, i co chwile dolewał trunku.
Górnik spojrzał przez prawe ramie i rozpoznał, kolegę.
-On nie wiem jakim cudem tak szybko pojął, jak robal będzie chciał go wziąć. I gdyby sie nie napatrzył jak trzech przed nim ginie, to by bestii nie przebił! Jedyna zabita, o której mi wiadomo. I pewnie przez głupotę zdechła...
Endir chwycił go za ramie, spojrzał w oczy i dodał.
-Możesz mówić dalej, ja wynoszę się do portu Mulysa, nie zrozumieją w porę, a nie chcę tu krwią gleby nawozić...

środa, 11 lutego 2015

Koniec Ludzi #1 Wstęp

-Kopać dalej.
-Przecież mamy cztery nie opróżnione odnogi, po co?
Mężczyzna z krótkim zarostem i o błękitnych przeszywających oczach wstał przerywając górnikowi.
-Rozkazy z góry, odblokowano zachodni gościniec. Jest już bezpiecznie, rośnie popyt. -ruszył w kierunku okna- To wszystko?
Górnik podrapał się za uchem, nie starając się ukryć grymasu wynikającego z dalszego niezrozumienia.
-Wszystko.-odparł, i wyszedł przez potężne drewniane drzwi, wykonane z jednej dębowej dechy.
W drodze do szybu mruczał pod nosem coś o niekompetencji i marnotrawstwie.
-Ludzi brak by wydobywać kruszec, a kopać karzą w głąb karzą. Jebana mać.
-Mus to mus.-wtrącił woźnica mijający górnika na wozie wypchanym po brzegi ziarnem.
-Płacą chociaż...
-I to najważniejsze, bywaj zdrów Endir.-skręcił w boczną uliczkę.

Miastko było małe, jednak widać było ,że mimo świtu kłębią się w nim myśli, wiją słowa i biegają ludzie, niczym w mrowisku - pomijając myśli i słowa. Żyzna gleba, a pod nią bardzo bogate w srebro dolomity. Zaraz obok wartka szeroka rzeka, czego chcieć więcej? Roboty w bród. Miasto kwitło, można było w nim znaleźć kupców z całej okolicy. Kiedy ktoś potrzebował czegoś czego nie miał u siebie, przyjeżdżał z karawaną bądź spływał barką do Muit Ini, a jeśli w nim mieszkał, wystarczyło z towarem poczekać do piątego targowego. Zanim dokopano się do obszarów bogatych w srebro, Muit Ini znano jedynie z ceramicznych wytworów, oraz znakomitego betonu. Podstawom dobrodziejstwa był sam dolomit, stąd też mnogość szarych, przechodzących w czerń budynków. Drewno służyło jedynie na opał w jesienne wieczory czy krótkie mroźne zimy. Podobno przed tysiącami lat, cała nizina Ini zalana była wodą. Stąd żyzna gleba, mnogość muszli i skamielin ledwie kilka metrów pod powierzchnią ziemi. W dwóch słowach - potencjał gospodarczy. Kto wie czy w ciągu dziesięciu lat miasto nie urośnie do rozmiarów portu Mulysa czy byłej stolicy prowincji - Oitatum Snart.

Praca w kopalni posuwała się na przód jak zawsze - skrupulatnie i powoli. Endir nie liczył ile metrów wykopali do południa, w kopalni jeśli nie trzeba nie liczy się niczego prócz czasu do przerwy, czy końca zmiany. Schodzili w dół jak zażądał kierownik, a raczej jego kierownik, kimkolwiek był. Pot spływał na gogle, mieszając się z szarym pyłem. Wagoniki z beczułkami pełnymi wody, kursowały dwa razy częściej niż zwykle - taki był skwar.
-Tylko ,że kopać?
-Tylko.
-Myślałem ,że czym więcej im płacą tym są mądrzejsi, tego co mamy przez siedem dni nie wyniesiemy, a całe skały aż się iskrzą od kruszcu.
-Tym więcej im płacą im łatwiej się z nami dogadują. Mądrzejsi? Takiego błota jak na brylach mamy, oni nie mieli pod podeszwami w Oklum. Paskudztwo! Nie zetrzesz od razu, beton.
-Coś się kroi. Tylko co? Na bitki czy wojnę srebra im nie trzeba.
Przez tunel zabrzmiał dźwięk dzwonka.Przerwa.
Wszyscy jak by wyczuwali ten moment od kilku minut. Jak jedna żywa tkanka upuścili kilofy i inne narzędzia, które kolejnym echem przeleciały przez tunel, tym razem w odwrotnym kierunku. Dopiero po kilkunastu metrach można było zauważyć znacznik na ścianie, który maluje zawsze miarowy by łatwiej było ocenić postępy całej zmiany. Kaszel był dla nich niczym cisza dla nocnego stróża. Czy ćwierkanie ptaków dla zielarki. Nawet mimo specjalnych masek, rzekomo z filtrami. Minęło ich dziesięciu chłopa, wyglądających jak oni sami przed sześcioma godzinami. Chociaż gdyby stawić ich w rzędzie, na dotyk, węch, słuch i pewnie nawet smak - bez patrzenia - można by było stwierdzić, kto kończy na dziś robotę a kto zaczyna.
-Endir! -łysy osiłek z kozią bródką odwrócił się w kierunku głosu.
-Rozmawiałeś z Stultus'em?
-T... -zająknął się przez nagły stukot kilofów -Tak, rozmawiałem. Jak widzisz nic to nie dało.
-Szkoda gadać, pewnie sam jesteś...
Wielki huk położył ich na ziemię, w uszach zapiszczało jak nigdy nie piszczało. Nie sądzili ,że po tak głośnym wybuchu cokolwiek słyszeć można, prócz trzasku pękających bębenków i ciszy do końca dni. Popiół był tak gęsty, że leżąc obok siebie, niemal nie dostrzegali swoich twarzy. Słupy światła z latarń jak świetliste miecze, przeszywały przerzedzony dym.
-Kurwa mać, wszyscy zgon bez picu! - krzyknął Endir
-Co gadasz?!
-Wstawaj bo nas tu zasypie tym gównem!- wstał i chwycił ziomka za szmaty.-Którędy, do kurwy nędzy?!
Ruszyli na oślep. Macając opuszkami palców porowatą skalną ścianę, słyszeli ledwie co nawoływanie, czy ktoś z zielonych przeżył.
-Kilka minut i mogliśmy leżeć porozrzucani na tych szesnastu metrach!
-Chyba jako zielony powinienem się odezwać.
-Fakt, nie wiem do kogo się tam modlisz, ale pomódl się w podzięce! I pluj od dziś na tych co prawią ,że ciekawość do piekła prowadzi, bo cię od piekła ocaliła... no zakrzycz ,że żyjesz!
Zakrzyczał, ale krzyk ten miał iście piekielne pochodzenie. W krzyku tym można było dosłownie poczuć ból i zaskoczenie. Krzyk który może wydostać się jedynie z masakrowanego ciała, kilka sekund przed... Utratą głowy...
Endir odwrócił się, spojrzał na ledwie widoczny cień bezgłowego ziomka. Źrenice rozszerzyły mu się momentalnie, gdy pojął ,że widzi śmierć w czystej postaci. Zwłoki. Wiszące na grubym haku, drgnęły, a na tors górnika chlusnęła brunatna breja. Przed twarzą zaś zatrzymało się narzędzie, które ową krew upuściło. Nie był to miecz. Za długi na miecz. Ciężko było zobaczyć cokolwiek, skronie pompowały krew do mózgu, ale mózg nie był w stanie pojąć biegu wydarzeń. Zwłoki zostały wciągnięte w ciemność a górnik...

Stał
Bezmyślnie stał
Nie wiedział jak długo
Bezmyślność nie liczy czasu
W kopalni liczono zwykle  czas
Tego dnia
Liczono trupy
"Hymn Trwogi" ~`Gelman Soniter

Wejścia na Bloga